Zlikwidowanie gorączki połogowej

Semmelweiss zmarł, trzeba to podkreślić, nie we mgle starożytności, ale przed 100 laty, a jego śmierć wcale nie oznaczała zlikwidowania gorączki połogowej, to było zaledwie preludium zakończenia. Gorączka jako postrach istniała jeszcze wiele lat. Na przykład we wspomnieniu pośmiertnym o dr Miles Phillipsie zmarłym w 1965 r., który zaczął specjalizować się w położnictwie w bieżącym stuleciu, Lancet pisał: „W jego czasach gorączka połogowa była przekleństwem po-

Jożnictwa”. Przekleństwo to jak widać było aktualne do niedawna. Obecnie już nie ma znaczenia, a jeśli się zdarzy, pomimo przestrzegania zasad, łatwo je opanować penicyliną i sulfonamidami. Walka Semmetweissa została ostatecznie wygrana.

Jednym z najbardziej zawstydzających aspektów całej historii położnictwa jest fakt, że czasami umierało więcej matek niż dzieci. Można by sądzić, że dorosłe kobiety powinny być zdolne do przeżycia urazu porodu łatwiej niż ich nowo narodzone, malutkie potomstwo, które tak nagie zostaje zmuszone do samodzielnego życia. Ale gorączka połogowa w triumfalnym marszu przez izby porodowe łatwiej atakowała świeże rany matek niż kwilące istoty, które je spowodowały. Doniesienie Hotel Dieu z 1664 r. (słowa hospital, hotel, hostel, a także polskie szpital mają to samo pochodzenie etymologiczne, chociaż różne znaczenia) stwierdzało, że w czasie jednej z epidemii 33″/» matek zmarło albo podczas porodu, albo krótko potem. Wiedeński szpital Semmelweissa miał prawie równą śmiertelność. Nie ma odpowiednich statystyk krajowych (tzn. brytyjskich), ale średnie musiały być niższe, gdyż porody w domu nie były nigdy tak niebezpieczne, jak szpitalne, Śmiertelność matek była również dość wysoka w szpitalu św. Jerzego w Londynie, co zostało przez jego władze skomentowane dosadnie w 1856 r.: „kobiety rodzące we własnych miejscach zamieszkania żyły często w okropnym brudzie i nędzy i w bardzo ciasnych pomieszczeniach, a mimo to znacznie rzadziej chorowały niż te, które przenosi się do przestronnych budynków, gdzie można im zapewnić najlepsze warunki”. To samo doniesienie stwierdza, że na 2 800 porodów w domu było tylko 10 zgonów, czyli 0,35°/o. Z tymi liczbami szpitale nie mogły konkurować. W tym samym roku Sir James Simpson pisał w swych Obstetric Memoires (Wspomnieniach położnika), że wśród zgonów matek „tylko niewielka stosunkowo część jest bezpośrednim następstwem konwulsji, krwotoku, pęknięcia macicy iub innych, bardziej bezpośrednich komplikacji i wypadków związanych z porodem: ogromna większość tych zgonów jest następstwem gorączki połogowej”.

Leave a Reply